expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

niedziela, 26 kwietnia 2015

Charytatywnie na przełamanie złej passy

Na początek chciałabym Was przeprosić, strasznie mi wstyd... Od ostatniego wpisu na blogu minął ponad rok, nie spodziewałam się, że aż tak długo :( zapomniałam nawet hasła do Bloggera.
Po Półmaratonie Warszawskim były jeszcze Biegi Górskie w Szczawnicy i Bieg Powstania Warszawskiego. W międzyczasie wydarzył się kataklizm w życiu osobistym, który skutecznie odebrał mi wenę, siłę, pasję i energię...

W zasadzie to ja się już z bieganiem pożegnałam. Kupiłam nawet rolki, żeby czymś zastąpić głód aktywności. Pożegnałam się, bo tegoroczne próby truchtania kończyły się za każdym razem koszmarnym bólem piszczeli, jakby ktoś mi te kości łamał. Odpuściłam więc, trochę ćwiczyłam w domu siłowo, trochę jeździłam na tych rolkach. I chyba miała rację moja koleżanka z pracy - moje ciało najwyraźniej do biegania nie było gotowe. Jednak 8 miesięcy przerwy to nie byle co.

Kilka dni temu wpadłam na pomysł, żeby wystartować w charytatywnym marszobiegu w przeddzień Orlen Warsaw Marathon. Namówiłam do tego samego inną znajomą z pracy. Założenie było takie, że będziemy szybko maszerować, nie nastawiałyśmy się na bieg.
Przedwczoraj, dzień przed wydarzeniem, wyszłam kolejny raz na truchtanie z nadzieją, że tym razem nie będzie bolało. No i cud! Przeszurałam 15 minut i nic złego się nie wydarzyło :) :) :)
Byłam przeszczęśliwa i napisałam do Basi: "żeby nie było, że jesteśmy lamy, jutro truchtamy".

Szampańskie nastroje przed startem

takie ładne koszulki dostałyśmy :)

11 000 uczestników a od każdego aż 10 zł na rzecz Fundacji Dar Serca


W sobotę o 16.30 spotkałyśmy się na Placu Zamkowym, gdzie zbierali się uczestnicy marszobiegu. Według organizatorów wzięło w nim udział 11 000 osób. Niesamowite wrażenie robił ten tłum ubranych na biało-czerwono osób. Poczułam dreszczyk emocji, jak zawsze podczas biegów ulicznych, jejku, jak mi tego brakowało!

Postanowiłyśmy, że będziemy truchtać. Na pierwszym kilometrze niespecjalnie się dało, ale gdzieś w okolicach Karowej tłum się rozluźnił i dało się ruszyć nieco szybciej. Właściwie to była wymarzona trasa na życiówkę. Spory fragment z górki, później długie proste. Nie tym razem jednak :) dla mnie to był bieg na przełamanie i nowe otwarcie. To nic, że najwolniejszy w życiu. Pękam z dumy, bo ani razu nie przeszłam do marszu, nie zmęczyłam się nawet jakoś specjalnie, no i dowiozłam do mety pierwszego w życiu biegu ulicznego Basię.

Także tego, wracam!!! Szukam teraz fajnych biegów na 5 km a na lodówce zawiśnie plan treningowy pod tegoroczny BMW Półmaraton Praski :)

poniedziałek, 31 marca 2014

9. Półmaraton Warszawski - relacja

Wczoraj wieczorem dosłownie padłam na twarz. Zaledwie trzy godziny snu, zmiana czasu a później 2 godziny, 8 minut i 41 sekund biegu po najpiękniejszych miejscach w Warszawie. Biegu, którego nie mogłam się doczekać a stres przed nim przerósł moje oczekiwania...

Właściwie, to nie wiem, czym się tak denerwowałam, ale czułam się co najmniej jak przed egzaminami wstępnymi na studia. Wykręcało mi żołądek na lewą stronę a na sen pomogłyby chyba tylko leki na receptę.
Pobudka o 6 rano, czyli 5:00 według czasu zimowego. Na termometrze lekko poniżej zera, ale i tak nie wierzę, że pobiegnę w chłodzie. Szybki rzut oka na zawartość worka z logo sponsora: pas z żelami, numer startowy, agrafki, chip do pomiaru czasu, banan na przed startem, chusteczki higieniczne, izotonik, szczotka do włosów, suchy szampon, okulary przeciwsłoneczne, ubranie na zmianę, pomadka ochronna, drobne na bilet, telefon z Endomondo - ufffff, jestem przygotowana. Śniadanie mistrzów weszło gładko, bułka z dżemem truskawkowym i kawa to mój sprawdzony zestaw. Nie wiem, czy poradziłabym sobie z tortillą z masłem orzechowym i bananem Olgi :) 
śniadanie mistrzów :)

z kolegami z Klubu Biegacza Orange
nawadniam się przed startem

W podróży na Stadion Narodowy towarzyszyła mi siostra, moja najwierniejsza kibicka. Na miejscu szybkie zdjęcie z kolegami z Klubu Biegacza Orange, trochę pogadaliśmy, później depozyt, kolejka do toi-toi....ależ szybko minął ten czas do startu! Naprawdę musiałam się przeciskać między zawodnikami, żeby dotrzeć do właściwej strefy. Właściwej, czyli której? Z planem łamania 2h żegnałam się od dłuższego czasu, ale na miejscu nie mogłam znaleźć zająca z czasem pomiędzy 2:00 a 2:20. I już miałam się podczepić pod tego szybszego, gdy ujrzałam baloniki na 2:10. I całe szczęście, bo biec 21 km w tempie średnim 5:41 na pewno bym nie dała rady. Optymalnie byłoby pewnie złapać kogoś, kto leciał na 2:05, ale to wiem dzisiaj.
Nigdy nie biegłam z pacemakerem. Nigdy też nie biegłam wśród ponad 11 tysięcy innych amatorów tego sportu. I nie sądziłam, że to może być trudne. A jednak... Przez pierwsze kilka kilometrów nie dało się biec w pobliżu tego sympatycznego pana z buffem na głowie. W ogóle nie dało się biec swoim tempem. Co chwila musiałam kogoś omijać, hamować, zdarzyło mi się też niestety nadepnąć komuś na piętę (poszkodowanych najmocniej przepraszam). Nadążanie za zającem kosztowało mnie coraz więcej energii i nerwów, w pewnym momencie odpuściłam sobie. Przecież niczego nie musiałam. Poza tym złapała mnie kolka (towarzyszyła mi przez jakieś 10 km....) i robiło się nieznośnie gorąco. Te 3 kilometry wzdłuż Wisły były koszmarne. Ktoś kiedyś napisał, że tam zawsze wieje wiatr w plecy - nie czułam ani podmuchu. Słońce dosłownie prażyło, całe szczęście, że założyłam okulary. Tunel był namiastką raju, a śpiewający tam młodzi ludzie dali mi niezłego kopa. Kolka jednak nie odpuszczała, w okolicach 12-tego kilometra chciałam zadzwonić do męża, żeby zabrał mnie z tego piekiełka. Dopiero później przeczytałam, że właśnie tu pojawia się pierwszy kryzys na połówce. Byłam jednak ciekawa alejek w Łazienkach i podbiegu na Agrykoli i postanowiłam zostać :) Alejki niczego sobie a tuż przed osławionym wzniesieniem dogoniłam swoją grupę na 2:10. Świńskim truchtem a momentami chodem sportowym pokonaliśmy Agrykolę, która w mojej ocenie była znacznie łatwiejsza niż Belwederska w Samsung Irena Women's Run. No i nie wiadomo kiedy do mety zostało tylko 5 km. Nie wiem, czy to zasługa żelu energetycznego o smaku karmelu i solonego masła, ale dostałam skrzydeł. Pędziłam przez Most Poniatowskiego niesiona dopingiem kibiców, zostawiając zająca jakieś 2 minuty za sobą. Cieszyłam się jak dziecko, gdy zobaczyłam tabliczkę "1000 metrów, tylko 4 zakręty", dłużyły się one jednak okrutnie. Stopy paliły, w gardle suchość, nie wiem, skąd wzięłam siły na ostrzejszy finisz. Za linią mety dosłownie się rozbeczałam i pochlipując głośno człapałam za tłumem. Czułam, że moje łydki dosłownie kamienieją, ale DUMA mnie rozpierała. Zastanawiałam się, jakim sposobem maratończycy pokonują kolejne 21 kilometrów...

Z posiłku regeneracyjnego nie skorzystałam - kolejki skutecznie mnie zniechęciły. Chwyciłam tylko jabłko - zimne i baaardzo słodkie, pycha. W przebieralni zrobiłam się na bóstwo (chusteczki do pupy dla niemowląt i suchy szampon wymiatają) i z medalem na szyi udałam się na zasłużony odpoczynek.
Dziś myślę o Koronie Półmaratonów Polskich :)

piątek, 21 marca 2014

I jak tu nie biegać? Recenzja książki Beaty Sadowskiej

Już dawno nie przeczytałam tak szybko książki. Właściwie to już nie pamiętam kiedy jakiś tytuł wzbudził moje zainteresowanie tak bardzo, jak debiut Beaty Sadowskiej. I naprawdę nie mogę sobie przypomnieć, żeby podczas lektury czegokolwiek łzy ciekły mi po twarzy ciurkiem....

w jednym z wywiadów B. Sadowska powiedziała,
że w jej książce najlepsze są zaokrąglone rogi ;-)
Bo ta książka to przede wszystkim emocje. Być może to ja po urodzeniu dziecka zrobiłam się bardzo ckliwa, ale mnie historie w niej zawarte zwyczajnie wzruszają. Tak samo jak nie mogę powstrzymać łez, gdy oglądam relacje z biegów autorstwa MarathonFilm, nawet jeśli nie brałam w nich udziału. Autorka przywołuje wspomnienia z najróżniejszych biegowych imprez, w których rzeczywiście jest coś z magii. Nigdy nie zapomnę swojego pierwszego masowego biegu (to był Samsung Irena Women's Run na 5 km). Najpierw pozytywny stres i niedowierzanie, że stoję na linii startu najprawdziwszych amatorskich zawodów a do walki zagrzewają Irena Szewińska i Przemysław Babiarz. Później uczucie, że unoszę się nad ziemią - tak lekko się biegło pierwsze kilometry. W końcu potyczka z samą sobą na koszmarnym podbiegu w piekącym słońcu i meta, która w pewnym momencie wydawała się nieosiągalna.
Od tamtej pory nie bawią mnie powykrzywiane grymasami twarze osób przekraczających metę maratonu, półmaratonu czy biegu na 10 km. Czuję ucisk w żołądku, ogromną dumę i radość, że pewnego dnia postanowiłam zacząć biegać.

jest też kilka fajnych przepisów w stylu "Jedz i biegaj" Scotta Jurka

O tym właśnie jest "I jak tu nie biegać!". To pochwała biegania w najczystszej postaci, bez gadżetów (może poza biegowym wózkiem dla Tysia), zaawansowanych planów treningowych, bezwzględnej walki o życiówki. Nie znajdziecie tu porad typu "jak złamać 3 godziny w maratonie" czy terminów rodem ze słownika wyrazów obcych. Książka jest za to tak napakowana pozytywną energią, że po przeczytaniu 80 stron miałam ochotę wystrzelić z łóżka na trening. Powstrzymała mnie tylko późna pora, ale o 4.30 kolejnego dnia byłam już na trasie.

szkoda, że mój syn jest już za duży  na taki wózek


Nie mam za sobą zbyt wielu przeczytanych książek o bieganiu. Są za to wśród nich takie, które do treningu mnie skutecznie zniechęcały - za dużo było w nich cyferek określających tempo, tętno czy kilometraż. Nie mogłam przebrnąć przez nie w całości, bo przypominały instrukcję obsługi zaawansowanego sprzętu audio-video. W książce Beaty jest mnóstwo takiej pierwotnej, prawdziwej frajdy, której mi jakiś czas temu zabrakło. Nie wiadomo kiedy zaczęłam skupiać się na łamaniu życiówek zamiast na czerpaniu radości. Teraz jeszcze bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie liczy się wynik, czas na mecie czy rywalizacja z Endomondo. Ważna jest zabawa, zdrowie i poznawanie ludzi - biegacze to niesamowite przypadki!

PS W tym roku chciałabym przebiec maraton :)

niedziela, 16 marca 2014

Bieganie lekiem na całe zło?

Blogierzy i znawcy tematu często piszą, że podczas biegania można znależć rozwiązanie dla każdego problemu, zrelaksować się, wyciszyć, zapomnieć o sprawach bieżących. Z przykrością stwierdzam, że nie zawsze jest to prawdą. W ciągu ostatnich kilku tygodni tak okrutnie umęczyły mnie prywatne sprawy, że totalnie zaniedbałam trening do półmaratonu i bloga. Moja głowa była zaprzątnięta potokiem myśli na tyle, że po powrocie z pracy marzyłam wyłącznie o relaksującej kąpieli i spaniu. Po 10 godzinach snu wcale nie czułam się wypoczęta i nie mogłam uwierzyć, że całkiem niedawno wstawałam na trening o 4.40. Myślałam już nawet o zamknięciu bloga, wszystko zganiając na mój osławiony słomiany zapał.

Najgorsze chwile już chyba za mną. Tym razem lekarstwem był po prostu czas + godziny rozmów z bliskimi o trapiących mnie sprawach. Wrócił zapał do biegania, pojawiła się ogromna ekscytacja przez zbliżającym się Półmaratonem Warszawskim. Podczas długich wybiegań często wyobrażam sobie siebie wbiegającą na błonia Stadionu Narodowego - wzrusza mnie to okrutnie i już nie mogę się doczekać. Forma raczej nie pozwoli na łamanie 2 godzin, zbyt wiele odpuściłam w przygotowaniach. Ale jak to dziś powiedziała Olga - to przecież nie ostatnia moja szansa na poprawienie wyniku. Nastawiam się więc na świetną zabawę, pozytywną atmosferę, którą ot tak sobie tworzą biegacze. A że dwa dni później obchodzę BARDZO okrągłe urodziny, tym bardziej będzie to dla mnie ważny dzień. Do zobaczenia na starcie!

niedziela, 12 stycznia 2014

W słusznej sprawie, czyli III Bieg dla WOŚP w Kobyłce


Nie planowałam startu w tym biegu. W ogóle nie miałam dziś zamiaru brać udziału w żadnych zawodach. Po zeszłotygodniowej sztafecie w Arkadii (relacja wciąż powstaje...) miałam serdecznie dość przed- i postartowego stresu, choć jest on pozytywny. Nie pozwala jednak dobrze spać w nocy. Dziś miał być relaks w biegowych okolicznościach - rodzinno-przyjacielskie ognisko w Lasku Młocińskim + kibicowanie Oldze, Monice i Andrzejowi w Grand Prix zBiegiemNatury.
Poranek przywitał nas jednak deszczem ze śniegiem i bardzo silnym wiatrem. Wyprawę trzeba było odwołać, a że w domu siedzieć mi się nie uśmiechało, postanowiłam potruchtać na bieg "Policz się z cukrzycą" w ramach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Grzechem byłoby się tam nie pojawić , start znajdował się zaledwie 2 km od domu. Poza tym bardzo lubię te lokalne klimaty - biuro zawodów w podstawówce, dużo znajomych twarzy (pozdrowienia dla KB REBUS), na starcie Burmistrz Miasta i Mandaryna a po biegu najprawdziwsza grochówka z ogromnego gara.
Opłaciłam cegiełkę dla Orkiestry, zarejestrowałam się w kategorii K19 (hehe) i zaczęłam się rozglądać za jakimś schematem trasy. Spontan spontanem, ale dobrze byloby wiedzieć, dokąd lecieć. Mapka była jednak tylko jedna, zainteresowanych znacznie więcej, więc tylko rzuciłam okiem. Niczego z tego rysunku nie zrozumiałam, bom z orientacji w terenie noga okrutna. Upewniłam się tylko, czy trasa jest oznaczona i pobiegłam na start.
Do walki zagrzewała nas Mandaryna
Ruszyłam całkiem żwawo (jak się później okaże zbyt żwawo...), nogi dobrze podawały, jakby zapomniały o wczorajszym 13-kilometrowym wybieganiu. Tu kałuża, tam dziura w drodze, ale cały jednak utwardzona nawierzchnia, na którą się psychicznie i tempowo nastawiłam. Jakież było moje zdziwienie, gdy jakieś 5 minut po starcie wbiegliśmy do lasu. Ale w sumie takie crossy lubię, więc pędziłam dalej. Tempo malało a zmęczenie rosło - tu wystający korzeń, tam połamane gałęzie, pagórek, kałuża, błoto...Chwila prawdy nastąpiła gdzieś pod koniec drugiego kilometra, gdy moim oczom ukazał się PODBIEG. Ale taki, że poczułam się, jak w połowie trasy Półmaratonu Kampinoskiego. Nie był może bardzo długi, jednak koszmarnie stromy a wtaczałam się pod górę, grzęznąc w mokrym, kopnym piachu. Walczyłam, żeby nie przejść do marszu a przez chwilę pojawiła się nawet myśl o zejściu z trasy. Pognałam ją precz i skupiłam się na ustabilizowaniu oddechu i wyrównaniu tempa. Zryw na pierwszych metrach trasy wychodził mi teraz bokiem. Minęło mnie kilku zawodników a ja, dysząc jak lokomytywa, marzyłam, żeby zobaczyć linię mety. Oddech udało mi się złapać kilkaset metrów przed końcem biegu, w sam raz żeby się dobić na finiszu. Z końcówki pamiętam tylko mrugające lampy wozów strażackich, lejący się na głowę deszcz i głos konferansjera, który na szczęście był coraz głośniejszy :-) Na metę wpadłam z czasem niewiele ponad 25 minut a według Endomondo pokonałam 4.74 km.
Po TAKIEJ trasie satysfakcja jest podwójna
Takiej grochówki nie jadłam już dawno - kiełbasę zjadł maż, ja przechodzę na wegetarianizm
Jestem baaaardzo dziś z siebie zadowolona, pobiegłam szybko a gdyby nie profil trasy, byłaby szansa na czas poniżej mojej życiówki z Warszawy we wrześniu. A na dodatek zabrakło mi ledwie 2 minut do podium! Za rok powalczę o uścisk dłoni Burmistrza i Mandaryny :-)

piątek, 3 stycznia 2014

Noworoczne przemyślenia + plan na półmaraton

Zabierałam się do napisania tego posta już od kilku dni. Świąteczna przerwa w pracy była doskonałą okazją do przemyśleń wszelkich, również tych dotyczących biegania, trybu życia, zdrowia, samopoczucia czy samooceny.
Jak pewnie pamiętacie, od jakiegoś czasu biegałam zupełnie bez planu, ot tak trochę rekreacyjnie. I o ile na początku bardzo mi taka swoboda pasowała, tak ostatnio coraz częściej myślałam o planie na marcowy półmaraton. Przejrzałam ich naprawdę wieeeeele i do wczoraj nie mogłam się na żaden zdecydować.
W tak zwanym międzyczasie zmagałam się z przeróżnymi bolączkami biegacza-niedawnego kanapowca. Po zaleczonej kontuzji pośladka zaczęły boleć mnie piszczele a chwilę później zewnętrzna część lewej stopy. Byłam coraz bardziej sfrustrowana - treningi przestały mi sprawiać przyjemność, w pewnym momencie musiałam odpuścić. I takiej właśnie przerwy było mi potrzeba. Dzięki niej przypomniałam sobie o "dywanówkach" - domowych treningach z YouTube. Od tego właśnie zaczynałam swoją przygodę z aktywnością fizyczną, zanim jeszcze w całości pochłonęło mnie bieganie. Wybrałam się też w końcu do klubu na zajęcia ze sztangami - ta namiastka siłowego treningu niesamowicie mi się spodobała. Dostałam niezły wycisk, ale fajnie było poczuć zakwasy w zupełnie innych miejscach niż po bieganiu :-)
I tym sposobem narodziła się myśl o zupełnie nowym podejściu do treningu. Tak, wiedziałam, że bieganie to nie wszystko, że powinnam robić ogólnorozwojówkę, wzmacniać całe ciało. Tylko się jakoś strasznie zafiksowałam na te cztery treningi w tygodniu i określony kilometraż. I chyba byłam tym po prostu zmęczona. Zaczęła mnie też dręczyć myśl o złamaniu 2h w Półmaratonie Warszawskim. Od dłuższego czasu średnie tempo moich treningów oscyluje wokół 6:30 min/km, trudno mi sobie na razie wyobrazić 21 km w tempie o prawie minutę na kilometr szybszym. Tylko czy ja naprawdę muszę te 2 godziny łamać? Po co ja właściwie biegam - dla rekordów? Przypomniałam sobie o swojej motywacji z wiosny 2013, kiedy zaczynałam biegać. Chciałam przede wszystkim ruszyć tyłek, schudnąć, lepiej się poczuć, mieć więcej energii, przebywać na świeżym powietrzu i POLUBIĆ SIEBIE. Po drodze chyba za dużo czytałam o życiówkach innych biegaczy-amatorów, walce o lepsze czasy, często okupionej poważnymi kontuzjami. Zgubiłam gdzieś radość z samej aktywności, ze zmiany, której dokonałam.
Po tym przydługim wstępie przejdźmy do KONKLUZJI - moim celem nie są życiówki w biegach. Tak naprawdę chciałabym schudnąć jeszcze kilka kilogramów, zwiększyć % tkanki mięśniowej i bez kompleksów wskoczyć latem w szorty. Żyć zdrowo, przyzwoicie się odżywiać, dawać dobry przykład dziecku. Plan jest taki, aby bieganie połączyć z innymi aktywnościami, co w moim przypadku będzie oznaczać redukcję dni biegowych. I już mnie to nie boli :-) Półmaraton w marcu jest jak najbardziej aktualny, ale za te 2h nie dam się pokroić. Znalazłam w końcu plan treningowy, który spełnia wszystkie moje oczekiwania:
- zakłada trening 3x w tygodniu
- opiera się na "minutażu" a nie kilometrażu
- nie zawiera niezrozumiałych sformułowań :-)
- ma dokładnie tyle tygodni, ile zostało do marcowej połówki

Jego fragment wygląda tak a całość możecie zobaczyć TUTAJ.

mój plan na Półmaraton Warszawski

A poza tym dostałam od OLA O BIEGANIU nominację do Liebster Award - bardzo dziękuję! Więcej o tym w kolejnym poście.




środa, 18 grudnia 2013

Nie tylko dla biuściastych

Zsuwające się co chwilę ramiączka, wrzynające w skórę fiszbiny – coś Wam to mówi? Tak wygląda uprawianie aktywności fizycznej w nieodpowiednio dobranej bieliźnie. W dzisiejszym poście chciałabym zadać wszystkie pytania, na które, być może, nie macie odwagi :-)

Doradzałam ostatnio koleżance z pracy, w co warto zainwestować, rozpoczynając przygodę z bieganiem. Wszystkie poradniki na pierwszym miejscu stawiają buty. Według mnie bazą do dobrego samopoczucia i komfortu podczas treningu jest porządny, sportowy stanik. W rozmowie z Joanną Keńską , specjalistą Panache Sport, łamiemy popularny stereotyp, że „problem” dotyczy wyłącznie posiadaczek dużych biustów.

RUNNINGOWNIA: Co się dzieje z naszym biustem, gdy jesteśmy aktywne, np. biegamy? Czytałam, że biust podczas biegu wykonuje ruch w kształcie ósemki, co może mieć negatywne konsekwencje.

Joanna Keńska, Panache Sport: W piersiach nie ma mięśni, a jedynym podtrzymaniem dla nich jest skóra i więzadła Coopera, które nie są wystarczająco mocne, by powstrzymać ruch biustu. Podczas uprawiania sportu biust rusza się bowiem we wszystkich kierunkach. W zależności od rozmiaru piersi, bez dobrze dopasowanego biustonosza sportowego ten ruch może dochodzić do podskoków piersi wynoszących nawet 21cm! Badania Progressive Sport Technology pokazują, że poprzez noszenie biustonosza sportowego ruch ten może zostać zredukowany aż o 83%.

Panache Sport Bra daje możliwość różnego zapięcia ramiączek

R: A jeśli uprawiamy sport w codziennym biustonoszu?
J.K.: To może prowadzić do bólu i nieodwracalnego obwiśnięcia biustu, wpływa też na poziom osiąganych wyników sportowych. Ważny jest również czynnik psychologiczny – jesteśmy zakłopotane wyglądem podskakujących piersi, narastają kompleksy. Przez efekt podskakujących piersi możemy tracić motywację do ćwiczeń, a nawet przestać akceptować swoje ciało.

R: Kobietom o rozmiarze miseczki większym niż popularne 75B często wydaje się, że są skazane na szachy :-) Słyszałam też o zakładaniu na trening dwóch staników – tradycyjnego, noszonego na co dzień i dodatkowo sportowego topu.
J.K.: Nie ma znaczenia, jak duży biust kobieta posiada – problem tkwi w braku odpowiedniego podtrzymania. Ćwiczenie bez właściwego podtrzymania powoduje, że posiadaczki małych biustów cierpią tak samo, jak posiadaczki większych piersi. Biustonosz sportowy, zapewniający właściwe podtrzymanie biustu podczas ćwiczeń, jest więc równie ważny, jak odpowiednie obuwie sportowe dla stóp.
Pamiętajmy jednak, że nawet najlepszy, ale źle dopasowany biustonosz sportowy nie spełnia swojego zadania i zamiast pomóc może wyrządzić krzywdę. Dlatego też uczulamy aktywne kobiety, by dobierały bieliznę odpowiednią do wielkości piersi. Z bezpłatnej porady bra fitterki można skorzystać w sklepach z bielizną Panache na terenie całej Polski. Wybierając biustonosz sportowy w odpowiednio dopasowanym rozmiarze, możecie zmniejszyć wstrząsy biustu aż o 83%. Taki biustonosz zadziała jak "ręce podtrzymujące piersi" - zapobiegnie podskakiwaniu, ale nie spłaszczy biustu. Efekt? Biegając czujemy się swobodnie, a przy tym wyglądamy seksownie i unikamy bólu po ćwiczeniach.



R: Czym różni się prawdziwy sportowy stanik od tych popularnych topików, które, przynajmniej mnie, nie dają żadnego komfortu?
J.K.: Materiałowy top nie zapewni odpowiedniego podtrzymania i dopasowania. Działa raczej na zasadzie ściśnięcia piersi i ich spłaszczenia. Dobry biustonosz sportowy jak np. Panache Sport posiada termicznie kształtowane miseczki, z których każda indywidualnie okala pierś, redukując ruch nie tylko w kierunku góra-dół, ale także na boki.  Jest ponadto wyposażony w niewyczuwalne fiszbiny otoczone silikonem dla zwiększenia komfortu noszenia, nadając jednocześnie piersiom idealny kształt i podtrzymanie. Przecież także podczas ćwiczeń chcemy czuć się kobieco. W naszej bieliźnie sportowej mamy wreszcie oddychający materiał, szerokie, regulowane, wyściełane ramiączka by zapobiec otarciom, zapięcie umożliwiające skrzyżowanie ramiączek czy płaskie szwy - dzięki czemu bielizna świetnie prezentuje się pod sportowym ubraniem. I co najważniejsze -  szeroki zakres rozmiarowy. Panache Sport jest dostępny od miseczki B-H już od 60 cm pod biustem umożliwiając idealne dopasowanie bielizny do kobiecych kształtów. Podczas zakupów pamiętajmy więc, że tylko idealnie dopasowany sportowy stanik zapewni nam optymalny efekt podtrzymania i komfort podczas ćwiczeń.

R: Jak dbać o sportową bieliznę?
J.K.: O bieliznę sportową dbamy podobnie jak o codzienną. Biustonosz należy prać  ręcznie w letniej lub chłodnej wodzie. Wysoka temperatura to największy wróg włókien elastyny zawartych w biustonoszu, odpowiedzialnych za kształt i wsparcie biustu. Ważne jest to, aby zawsze używać delikatnych środków do prania – znakomicie sprawdzają się płyny do kąpieli niemowląt i dzieci. Wtedy nawet częste pranie nie skróci życia ulubionego, idealnie dopasowanego stanika. Następnie suszymy stanik w temperaturze pokojowej, rozkładając go w ustronnym miejscu z dala od grzejników. Mokry materiał jest podatny na odkształcenia, dlatego susząc biustonosz, lepiej go nie wieszać.

R: Bardzo dziękuję za rozmowę!




Adresy sklepów z bielizną Panache Sport dostępne są na www.panachesport.pl.

czwartek, 12 grudnia 2013

Plany, plany, plany...


Ten post miał powstać już dawno temu, nie sądziłam, że wyprzedzi mnie Renata z Radosne Bieganie. Mój zapał przed stawianiem poprzeczki na 2014 skutecznie ostudziła kontuzja, której nabawiłam się po Półmaratonie Kampinoskim. I w sumie bardzo mi się ta lekcja przydała, nauczyła pokory i cierpliwości, oraz cieszenia się z biegania jako takiego, niekoniecznie gonienia za kolejnymi rekordami.
A więc, tadam-tadam, moje plany i marzenia na przyszły rok:
1. złamać 2 godziny w Półmaratonie Warszawskim 30 marca 2014 - jak sobie wizualizuję ten start, to mnie ciarki przechodzą, autentycznie.
2. złamać 50 minut w biegu na 10 km - nie planuję, w którym biegu, jak dla mnie może być nawet na treningu :-) to oznacza poprawę obecnej życiówki o ponad 4 minuty - realne?
3. wziąć udział w (teraz będzie moja lista marzeń startowych):
- Zimowe Biegi Górskie w Falenicy - bo mnie coraz bardziej kręcą niepłaskie tereny
- Bieg Łosia - bo bardzo chcę wrócić do Puszczy Kampinoskiej
- Bieg Truskawki - bo bardzo lubię truskawki :)
- Hardy Rolling - bo chcę spróbować swoich sił w górach; jestem już zapisana, i to jest druga po PW najważniejsza impreza sezonu
- Pogoń za Bobrem (w ramach Maratonu Wigry) - bo marzę o bieganiu na Suwalszczyźnie
- Bieg Szlak Trafi - bo to prawie moje rodzinne strony a poza tym w zeszłym roku mi nie wyszło
- Perły Małopolski - bo prawdopodobnie będę wtedy na urlopie w tych okolicach

Jak widzicie nie ma w tych planach startu w maratonie. Jeszcze kilka miesięcy temu miałam zamiar popełnić połówkę wiosną a całość jesienią. Zrezygnowałam z kilku powodów:
- wnioski po pierwszej kontuzji - wolniej, spokojniej, więcej cierpliwości,  jeszcze wiele przed Tobą
- chęć poprawy na krótszych dystansach, bez zamulania się treningiem maratońskim
- czas, którego wymaga przygotowanie do maratonu - w tej chwili nie jestem gotowa, aby  większość życiowych aktywności podporządkować pod taki cel

I jak Wam się podoba taki plan? Jakie są Wasze?

środa, 4 grudnia 2013

100 spalonych hamburgerów...

Endomondo pokazało dziś





pomyślałam więc, że to bardzo dobra okazja na podsumowanie tego roku :-)
Co prawda zostało go jeszcze 26 dni, ale zakładam, że nie wydarzy się już nic spektakularnego. W każdym razie nie bardziej niż sam fakt, że w ogóle zaczęłam biegać, mam za sobą dystans jak z gór nad morze a na dodatek mogę się tyułować Pąp Kadetką!
A to było tak:

22 kwietnia 2013
Już w drodze z pracy do domu, po ośmiu godzinach spędzonych w klimatyzowanym biurze i kolejnych dwóch w dusznym pociągu Kolei Mazowieckich, postanowiłam, że tego wieczoru wyjdę pobiegać. Wyciągnęłam z szafy Pegasusy Nike'a (kupione kilka lat wcześniej, przy którymś podejściu do biegania), stare bawełniane dresy i takąż bluzę. Chciałam tylko sprawdzić, jak długo będę w stanie biec bez przerwy. Wyszło tego niewiele ponad 15 minut, w średnim tempie 7:29 min/km. Spodobało mi się. W kwietniu wyszłam na "trening" jeszcze 5 razy, robiąc w sumie "kilometraż" równy 18 :-)



pierwsze biegowe buty

pierwszy plan treningowy
Od samego początku prześladowała mnie myśl o moim słomianym zapale i zastanawiałam się, kiedy to kolejne życiowe hobby odejdzie w niebyt. Aby ułatwić sobie zadanie, od razu zapisałam się na zawody - Samsung Irena Women's Run (5 km w czerwcu 2013) - i rozpisałam plan treningowy. Miałam dokładnie dwa miesiące na przygotowanie swojego ciała i głowy do przebiegnięcia w jednym kawałku tego, kosmicznego dla mnmie wtedy, dystansu. Przebiegłam go treningowo już po niecałych trzech tygodniach od rozpoczęcia planu.

pierwsze zawody
To było dla mnie niesamowite przeżycie. Chyba po raz pierwszy od czasów podstawówki brałam udział w jakiejś sportowej rywalizacji. Na dodatek w takiej, w której walczyłam tylko ze sobą. Była pierwsza techniczna koszulka, gadżety od sponsorów, pierwszy numer startowy i najważniejsze - pierwszy MEDAL. A poza tym cała masa doświadczeń na przyszłość.

na mecie Samsung Irena Women's


magia zawodów i pierwsza pauza 
Po Samsungu wiedziałam, że muszę biegać, choćby dla takich chwil, jak przekroczenie linii mety na kolejnych zawodach. To jest naprawdę niesamowite, że kompletni amatorzy mają okazję brać udział w profesjonalnie przygotowanych imprezach sportowych i czuć się jak Olimpijczyk. Kolejnym startem miał być sierpniowy Bieg Szlak Trafi k. Kazimierza Dolnego. No właśnie, miał... Całą radość z przygotowań do zawodów i biegania w ogóle odebrało mi zapalenie oskrzeli, które poddało się dopiero po 2 miesiącach walki i trzech antybiotykach. Fatalnie znosiłam przymusowe leżenie w łóżku i obawiałam się, czy uda mi się wrócić do regularnych treningów. Bakcyl był już jednak połknięty.

pierwszy finisz z prawdziwego zdarzenia
Jeszcze przed chorobą zapisałam się na 10-kilometrowy bieg podczas Pikniku Rodzinnego w Czosnowie (1 września). I w sumie nic w tej imprezie szczególnego nie było - ja w kiepskiej formie po kuracji antybiotykami, pogoda fatalna, atrakcji dla dzieci jak na lekarstwo. Ale popis był tuż przed metą i od tamtej pory finisze są moją specjalnością :-) Cały czas się zastanawiam, skąd się biorą na ostatnich metrach te niesamowite pokłady siły i determinacji, podczas gdy jeszcze przed kilkoma minutami ledwo przebierałam nogami.

finisz w Czosnowie

fall in love with trail running
W szczytowej formie jechałam na Hajnowską Dwunastkę (5 października). To najwspanialsza, jak dotąd, przygoda biegowa. Bo pierwszy raz bieg terenowy, bo zrobiła się z tego towarzyska wycieczka ze znajomymi do Puszczy Białowieskiej, bo zrobiłam życiówkę na 10 km, bo pogoda była cudowna a organizatorzy spisali się na medal. W Hajnówce zakochałam się w bieganiu po lasach i pagórkach i już w drodze powrotnej podjęłam decyzję o zapisaniu się na Półmaraton Kampinoski.

po Hajnowskiej Dwunastce


półmaraton po raz pierwszy i pierwsza kontuzja
Tak, wiem, w nieodpowiednim dla mnie momencie porwałam się na tę połówkę. Może nawet nie było za wcześnie, ale... zlekceważyłam dokuczający od kilku treningów ból uda/pośladka a poza tym kilometraż we wrześniu był chyba za dużym skokiem po 2-miesięcznej przerwie. Wszystko to zemściło się na mnie okrutnie, od 13-go kilometra półmaratonu walczyłam ze sobą, żeby nie zejść z trasy a z bólem borykam się do dziś. Ale szczerze? Nie żałuję ani przez moment swojej decyzji, to była przepiękna trasa, poznałam nowych biegających znajomych, zmierzyłam się z osobistymi lękami.

najtrudniejszy moment Półmaratonu Kampinoskiego

odkrywanie biegania na nowo i zimowo :-)Kontuzja zmusiła mnie do przerwy w treningach i zastanowienia się, co posżło nie tak, gdzie popełniłam błąd. Na biegowe ścieżki wracałam powolutku, świńskim truchtem, bez szaleństw w prędkościach i dystansach. Nauczyłam się czerpać przyjemność z samego biegania a nie tylko poprawiania swoich osiągów. I choć wkurza mnie, gdy pani w Endomondo podsumowuje tempo biegu, to za chwilę myślę sobie, że wolę biegać tak niż w ogóle :-)
A że w międzyczasie jakoś się tak zimowo, mroźno i deszczowo zrobiło, to mega sukcesem i satysfakcją jest dla mnie sam fakt, że w ogóle wyszłam z domu, w tych wszystkich ubraniowych warstwach i z tłustym kremem na twarzy.






No to kolejny post już musi być o planach na 2014!

poniedziałek, 18 listopada 2013

Biegiem po lekarstwo na głowę

Ależ przewrotny tytuł mi się udał! Czy ktoś się po nim spodziewa relacji z biegu? A jednak - będzie i o wczorajszym Grand Prix zBiegiemNatury w Lasku Młocińskim a także o zbawiennym jego wpływie na moją głowę i osłabione ostatnio nieco ego biegacza.

kolejka po pakiet startowy

przebieranie nogami przed startem


 Impreza była po stokroć NAJ:
1. Trasa była krótka - zawody na 5 km to na ten moment wszystko, na co mnie stać (mentalnie przynajmniej).
2. Biegi z założenia omijają centra miast i asfalt a ja uwielbiam teren. Na Młocinach udało się fantastycznie połączyć uroki lasu z płaską trasą, bez żadnych przewyższeń. Spokojnie można tu walczyć o życiówki.
3. Po raz pierwszy w zawodach pobiegł mój niespełna czterolatek - przeżywałam chyba bardziej od niego :-)
4. Organizacja na świetnym poziomie - bardzo sprawny odbiór pakietów startowych, dobrze poinformowani pracownicy Biura Zawodów, profesjonalne oznakowanie trasy, fantastyczna rozgrzewka (ubawiłam się setnie, patrząc na panów wykonujących "step touch").
5. Po tych zawodach mogę o sobie powiedzieć "jestę blogerę". Rozpoznała mnie Lullaby i to wystarczyło, żebym poczuła się gwiazdą. Poznałam też członków drużyny Bieg_a_my - z tego miejsca serdecznie pozdrawiam i dziękuję za poratowanie chusteczką :-)
6. I to co dla mnie najważniejsze - wróciła moja wiara w Agatę-biegaczkę, przekonałam się, że mogę jeszcze biegać szybko. Po prawie trzytygodniowej przerwie, a później szuraniu w tempie bliskim 7 min/km, wczorajsze średnie tempo 5:32 jest ogromnym sukcesem. Cieszyłam się baaaaardzo, choć biegło się ciężko, na metę wpadłam bordowa na twarzy, ale sił na finisz wystarczyło :-) chyba to będzie moja specjalizacja

na finiszu :-)

Jest więc światełko w tunelu, post Renaty "wlazł" mi na ambicję - czas zaplanować rok 2014.

Kuszą mnie bardzo starty w kolejnych edycjach Grand Prix zBiegiemNatury - potrzebuję jeszcze trzech, żeby medal dostać :-)

Do zobaczenia na ścieżkach!

czwartek, 14 listopada 2013

Jakoś tak jesiennie...

Zaniedbałam bloga ostatnio... Nie piszę, bo o czym niby? Miał być superplan na półmaraton poniżej 2h, przez chwilę nawet zamarzył mi się maraton. Pseudokontuzja całkowicie mi pokrzyżowała plany i wciąż się zastanawiam, czy Półmaraton w Kampinosie nie był jednak ponad moje siły. Mam więc za sobą dwa i pół tygodnia przymusowego roztrenowania, biegam teraz woooooooolllllnnnnnnooooooo okrutnie i nie więcej niż 10km za jednym zamachem. Już po kilku kilometrach czuję dyskomfort :-( Cały czas porządnie rozciągam przeciążone mięśnie, rozmasowuję je piłeczką tenisową i mam nadzieję, że już niebawem na drzwiach mojej lodówki znów zawiśnie ambitny plan treningowy.

moja trasa podczas prywatnego Biegu Niepodległości

Tymczasem nie lenię się tylko pąpuję. Nigdy nie lubiłam pompek, ale odkąd biegam włączyłam je do repertuaru ćwiczeń ogólnorozwojowych. Zresztą Smashing Pąpkins to zupełnie inna bajka. Jest rywalizacja, jest wyzwanie, jest perspektywa robienia 100 pompek jednego wieczora jeszcze w tym roku! Super akcja, o której dowiedziałam się z bloga Krasusa - przyłączajcie się tutaj. Jestem po pierwszym dniu, w którym udało mi się napąpować 25 sztuk - to mój absolutny rekord. Dziś kolejne podejście i aż się boję, bo ciągle mam zakwasy na "klacie" i brzuchu.

A żeby nie było tak pesymistycznie - w niedzielę wybieram się do Lasu Młocińskiego, aby w miłej atmosferze pokonać 5 km w ramach cyklu zBiegiem Natury. Wybieracie się?

wtorek, 5 listopada 2013

Pozdrów biegacza!

Przyłączam się do bardzo fajnej akcji innych blogaczy,  o której dowiedziałam się z portalu bieganie.pl.
Prosta sprawa - gdy mijasz na treningu kogoś, kto tak jak Ty, biega w deszczu, o 23 w nocy czy o piątej nad ranem - podnieś dłoń, skinienie głowy i uśmiech też będzie OK.
Nie wiem, jak Wam, ale mnie takie pozdrowienia niezwykle pomagają, zawsze mimowolnie przyspieszam, gdy ktoś odpowie na moje pozdrowienie.
Pozdrawiajmy się zatem, łatwiej będzie przetrwać ten jesienno-zimowy czas.

środa, 30 października 2013

Na stole u rehabilitanta

W końcu udało mi się dotrzeć do specjalisty od sportowych bóli wszelkiej maści. Nie było to zadanie łatwe - na wizytę trzeba swoje poczekać, chyba jakiś urodzaj kontuzjowanych mamy. Zdecydowałam się na ten wydatek z powodu doskwierającego od kilku tygodni bólu uda/pośladka, który skutecznie odebrał mi przyjemność z drugiej połówki biegu w Kampinosie. Spodziewałam się diagnozy i zestawu ćwiczeń do domu, otrzymałam jednak znacznie więcej. Wywiad był naprawdę bardzo szczegółowy, pytania konkretne i nie trzeba się było spowiadać z metryczki. Pan Maciek ocenił mnie holistycznie - całkiem prosta jestem, bez wad postawy, z neutralną stopą. Za to koszmarnie u mnie z elastycznością i rozciągnięciem mięśni.... Ale w sumie nie ma się czemu dziwić. Dopiero od kilku miesięcy mogę odważnie powiedzieć, że nie jestem kanapowcem, na dodatek pracującym 8 godzin dziennie w pozycji siedzącej.

Proste ćwiczenie rozciągające pośladek, które
szybko potwierdziło, jak kiepsko rozciągnięta jestem :-(

Diagnoza brzmi - przeciążenie mięśni pośladkowych, niekoniecznie wskutek niewłaściwego treningu. Ponoć kobiety mają naturalną tendencję do ciągłego napinania brzucha i pupy, w pewnym momencie mięśnie się najzwyczajniej buntują. Leczenie - systematyczne rozciąganie, masaże, przerwa od biegania (na szczęście krótka). Prewencja - automasaż piłeczką tenisową.
Dowiedziałam się przy okazji, że mój odcinek lędźwiowy kręgosłupa w ogóle nie pracuje przy skłonach. Muszę nad tym popracować, co by w przyszłości nie mieć z nim większych problemów. Była też okazja do zadania pytań o trening, ćwiczenia itp. Masaż przyniósł poprawę, ból jest z pewnością mniejszy.


kolejne ćwiczenie, z którym mam zamiar
zaprzyjaźnić się na dłużej
Myślę sobie, że każdy, kto zaczyna przygodę ze sportem (zwłaszcza po dłuższej przerwie w aktywności fizycznej) powinien sobie taką wizytę zafundować, aby uniknąć błędów i kontuzji.
Ja mam nadzieję już za tydzień przystąpić do realizacji planu na Półmaraton Warszawski, ale o tym w kolejnej notce.

poniedziałek, 21 października 2013

Mój debiut w połówce, czyli II Półmaraton Kampinoski

Na początek powinnam się chyba wytłumaczyć, głównie przed sobą samą, skąd pomysł na start w półmaratonie jeszcze w tym roku. Plan był, aby debiutować w połówce dopiero w marcu 2014, cóż to więc za szaleństwo??? Wszystkiemu winny jest mój wyjazd do Hajnówki sprzed dwóch tygodni, podczas którego zakochałam się w terenowym bieganiu. Pomyślałam, że skoro na treningu (jednym...) przebiegłam już 18 km, to te trzy jeszcze jakoś doczłapię.
widoki były boskie a ekipa przednia - prowadzi nasz osobisty zając :-)
fot. ekobiegi.pl

Postanowiłam potraktować ten start zupełnie treningowo, jako spokojne wybieganie, bez żadnych celów czasowych. Ostatecznie był to także mój pierwszy raz z zającem - Renata poprowadziła grupkę debiutantek na czas 2:15 - 2:17. Dobra robota!
zapowiadało się całkiem niewinnie...
fot. maratonkampinoski.pl

Bieg zaczynał się o 9.30, więc pobudka skoro świt, bułka z dżemem + kawa, do plecaka banan, domowej roboty izotonik i mus owocowy zamiast popularnego żelu, którego wciąż się boję. Na miejscu drobne problemy z parkowaniem, sprawny odbiór numerów startowych i chipów do pomiaru czasu a potem już tylko odliczanie do startu w przenikliwym zimnie (było ok. 0 stopni). Uśmiałam się - na moim numerze widniało imię BARTOSZ (wzięłam to za dobrą monetę, bo to imię mojego szanownego małżonka). Tak się właśnie kończy odkupowanie pakietu startowego w ostatniej chwili.
Zaczęłyśmy bardzo spokojnie, Renata nas skutecznie spowalniała, był czas na podziwianie widoków i towarzyskie rozmowy. Zewsząd zresztą słychać było śmiechy, nie odczułam ani przez chwilę atmosfery rywalizacji. Momentami musiałam dość wysoko zadzierać nogi - wąskie ścieżki nad mokradłami pełne były wystających konarów, nie brakowało też kałuż do przeskakiwania. Najgorsze było przede mną... Na około 9-tym kilometrze moim oczom ukazał się widok, którego TOTALNIE się nie spodziewałam. Miałam przed sobą nie podbieg, to była całkiem pokaźna góra, o której nikt  mnie uprzedził. Od razu przypomniało mi się, jak wiele lat temu mój wtedy jeszcze nie mąż wciągał mnie na Jaworzynę Krynicką... Zaczęłam się bać, że po pokonaniu tej przeszkody nie dam zwyczajnie rady pokonać tego dystansu. Wbiegłam na sam szczyt, nie przechodząc ani na chwilę do marszu.
ta góra dała mi strasznie w kość...
fot. ekobiegi.pl
Wiedziałam, że jeśli zatrzymam się choć na chwilę, to mogę nie wrócić do biegu. Później wcale nie było lepiej - szlaki były pełne piachu, który wykańczał moje zbolałe nogi, do tego znów dał mi się we znaki pośladek, który dokucza od kilku treningów. Od około 15-go kilometra walczyłam z własną głową. Byłam koszmarnie zmęczona, bolały mnie nogi a w brzuchu okrutnie burczało, i nie pomógł na to mój mały mus owocowy. Na szczęście odnalazł się mój zając i reszta ekipy, którą gdzieś po drodze zostawiłam w tyle. Nawet przez moment nie przyznałam się im, jak mi ciężko, skupiłam się po prostu na tym, aby dotrzymać im kroku. Byłam pod wrażeniem stałego tempa a najszybciej pobiegłam, o dziwo, 18-ty kilometr.
wyszło tak

Ostatnie dwa kilometry przebiegłam chyba tylko siłą woli. Droga do pomarańczowej bramy mety dłużyła się niesamowicie. Tuż przed nią miałam łzy w oczach, że jednak nie poddałam się, że dałam radę, że po raz kolejny pokonałam swoje słabości. Gdy się zatrzymałam, nie mogłam się schylić, aby odczepić chip ze sznurówek a palce tak mi zgrabiały z zimna, że organizatorzy musieli mi pomagać z odsznurowaniem.

Dziś na spokojnie przeglądam zdjęcia i często się uśmiecham, bo wielu zawodników kojarzę z trasy. To jest właśnie niesamowity urok takich kameralnych imprez, gdzie nie słucha się muzyki, nie walczy o życiówki a cieszy oko, kontempluje kontakt z przyrodą i nawiązuje nowe przyjaźnie. Brawo Ekobiegi!

poniedziałek, 7 października 2013

Hajnowska Dwunastka - fotorelacja

Tuż przed startem Hajnowskiej Dwunastki,
z moim najwierniejszym kibicem


Kiedy zapisywałam się na Hajnowską Dwunastkę, wiedziałam, że w ten sam weekend odbędzie się Biegnij Warszawo, i że nijak się tych dwóch startów nie uda pogodzić. Zresztą, po chwili zawahania, uznałam bieg po Puszczy Białowieskiej za znacznie bardziej atrakcyjny niż kolejne zmagania z asfaltem Warszawy. W przygotowania do niego udało mi się wciągnąć męża a chwilę później także znajomych, zakochanych w okolicach Białowieży. Kilka dni później mieliśmy już zarezerwowane noclegi niedaleko Hajnówki, trwały ustalenia, kto ugotuje żurek a kto upiecze golonkę :-) I to się nazywa turystyka biegowa!
Sobotni poranek przed biegiem przywitał nas lekkim przymrozkiem, ale także pięknym, jesiennym słońcem i bezchmurnym niebem. Start zaplanowano na samo południe, temperatura poszybowała do ok. 15 stopni - idealne warunki do biegania.
Biuro zawodów mieściło się tuż obok stacji wąskotorowej kolejki leśnej - trudno o bardziej urokliwe miejsce. Pakiet startowy odebrałam bez stania w kolejce a jego zawartość naprawdę mnie zaskoczyła. Imienny numer, ekologiczne gadżety od Nadleśnictwa Hajnówka, talony na piwo, wejście do parku wodnego i na imprezę integracyjną - organizatorzy pomyśleli o najdrobniejszych szczegółach.
Najbardziej urzekł mnie jednak lokalny koloryt imprezy - stragany z rękodziełem, domowymi nalewkami czy ręcznie robionymi słodyczami. Próżno szukać takiej atmosfery na masowych biegach ulicznych. Nie zabrakło również atrakcji dla dzieci biegaczy, dzięki czemu mój synek spokojnie dotrwał do mojego powrotu z trasy. No właśnie - trasy. Nie znalazłam przed biegiem żadnej informacji o jej profilu. Mogłam się tylko domyślać, że wrócą wspomnienia ze szkolnych biegów przełajowych.



Na starcie ustawiło się 114 zawodników, w tym tylko 15 kobiet. Stawkę otwierał quad wskazujący drogę a zamykał...husky, ponoć weteran tego typu imprez. Pierwsze i ostatnie kilkaset metrów wyścigu to droga przez bardzo nierówną łąkę, z koleinami i dość wysoką trawą. O skręcenie nogi nie było trudno. Później już tylko malownicze, leśne dukty z licznymi atrakcjami - długie podbiegi, wystające konary, piach i żwir. Bieg był bardzo szybki - chwilę po starcie oglądałam już większość pleców współzawodników. Na trzecim kilometrze wyprzedziłam kilka osób, które najwyraźniej zaczęły za szybko. Sama zresztą byłam przerażona swoim tempem (5:30) - obawiałam się, że nie pociągnę tak długo ze względu na zróżnicowanie terenu. Szczęśliwie, myliłam się a najszybciej pobiegłam 9-ty kilometr.Po pokonaniu 2/3 trasy klęłam, na czym świat stoi, zadając klasyczne pytanie biegacza wykończonego "po co mi to???" Wtedy pojawił się mój anioł stróż z klubu Pędziwiatr Białystok. Myślałam, że mnie wyprzedzi i pomknie dalej, tymczasem zrównał ze mną krok i tam w tandemie pokonaliśmy ostatnie kilometry. I chyba tylko dzięki temu nie odpuściłam, walczyłam do końca i z pięknym finiszem wbiegłam na metę, gdy zegar pokazywał 1:04:14. Przy okazji zrobiłam nową życiówkę na 10km (54:17) i zakochałam się w biegach terenowych.
Na mecie czekały banany, woda i multiwitamina (wow) a kolega z Białegostoku podziękował mi za podwiezienie do końca biegu w równym tempie. Niech żyje honor biegaczy!
Umordowałam się okrutnie, było bardzo ciężko, ale już rozglądam się za kolejnym terenowym startem.
P.S. Wyniki biegu (z czasami netto i brutto) wisiały na płocie, gdy szłam się przebrać po biegu. Ależ tempo!
 

ostatnie metry - mój kompan z Białegostoku odpuścił :-(




































radość z życiówki i pokonania własnych słabości
była ogromna